|
godz: 07:25 data: 2012.05.6 Niezwykle niezwykłe spotkanie
Ogłaszam wszem i wobec:
Nie jestem kobietą!
Dowiedziałam się o tym na wczorajszym spotkaniu autorskim z Nicholasem Sparksem.
A wiecie jak się wczuć w to, jak myśli kobieta i pisać, jakby to ona pisała?
Pisać jakby to pisał mężczyzna a później wyeliminować wszystko co ma związek ze zdrowym
rozsądkiem i mamy punkt widzenia kobiety.
Tak, wszystko to brzmi bardzo… przekonująco.
Dlaczego w ogóle poszłam na to spotkanie?
Kilka dni temu zadzwonił do mnie R., który odpowiedzialny jest za audiobooki nagrywane w wydawnictwie a ja robię ich korektę. Zadzwonił i zapytał, czy nie miałabym ochoty pójść na spotkanie z niezwykle poczytnym i kochanym przeze mnie Nicholasem Sparksem. Najpierw myślałam, że to żart, ale okazało się, że nic z tych rzeczy!
Miałam nie iść, bo po co, ale stwierdziłam w końcu, że może warto wybrać się i zobaczyć jak funkcjonuje ten fenomen – moim zdaniem kiepskie i schematyczne książki a wciąż tłumy, głównie kobiet, się nimi zachwycają.
Przekonałam się więc, że fenomen funkcjonuje – pełna sala, nawet nie wszyscy mogli wejść, kolejki po autograf, entuzjastyczne oklaski i chóralne wybuchy śmiechu spowodowane głupimi dowcipami i anegdotami autora.
Ja zniechęciłam się jeszcze bardziej, bo cóż to za arogancja, sztuczne zachowanie i puste słowa! No i te stwierdzenia o kobietach… Co w tym zabawnego?
Poczucie humoru jakieś chyba mam, ale to naprawdę nie było śmieszne.
Co te tłumy w nim widzą, jest w stanie mi ktoś powiedzieć?
Komentuj(0)
godz: 23:28 data: 2012.04.20 W tym mieście tak bez Ciebie pusto est...
Tak właśnie czasem się tu czuję. Chcę tu być a z drugiej strony mam wrażenie, jakbym była w jakimś ciasnym i bez wyjścia miejscu. Szczególnie odczuwam to wieczorem – skutek pewnego stresu, o którym w końcu napiszę.
To moje miejsce, ale puste. Wcale nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie ma ludzi niezastąpionych.
Przyjechałam tu dziś jak co któryś piątek. Poszłam z Konradem na małe zakupy, potem usiedliśmy w kuchni przy soku i orzechach. Taka się mała tradycja z tego zrobiła (z siedzenia przy soku i orzechach po moim przyjeździe).
Włączyłam trójkę i czekałam na listę, ale dziś była inna, bo jubileuszowa. Najpierw usłyszałam Edytę Bartosiewicz na żywo! Tego się zupełnie nie spodziewałam.
A teraz siedzę, już po powrocie ze spaceru z psem, i mam wrażenie, że nie wiem, jak sobie w najbliższym czasie poradzę… Jak dam radę z napisaniem pracy rocznej, czy zdam egzaminy, co z domem? Czasem jest tak, że jakby człowieka te różne drobne i mniej drobne sprawy przerastają. Bardzo niekomfortowe poczucie.
Moje dzisiejsze przygnębienie potwierdziło jeszcze to, że dowiedziałam się od Adama o jakimś dziwnym napisie na drzwiach garażu. Już jest zmyty, ale sama świadomość mi przeszkadza! Po co ktoś napisał jakieś dziwne słowo akurat na moich drzwiach? Ot tak, czy ma to jakieś znaczenie? Może to przez to, że Dom przez większość czasu stoi pusty i niektórym się wydaje, że można tu robić, co się chce.
Co się ze mną dzieje? Mam nadzieję, że jutro obudzę się z innym nastawieniem. Przecież chyba tak strasznie nie jest i nie będzie nie?
Komentuj(1)
godz: 23:56 data: 2012.04.3 Teraz
Najpierw przydałoby się pewnie jakieś wytłumaczenie, usprawiedliwienie, ale… po co? Żyję przecież. O tym co miałam, napiszę w swoim czasie.
A teraz siedzę w swoim pokoju i czuję, że mogłabym tu być na dłużej. Mogłabym, choć ludzie czasem tak głupio reagują – że mi opieka potrzebna, że o Boże, ja Ciebie podziwiam, oh i ach!
Irytujące! Pokazuje niewiedzę, nie zawsze z własnej winy.
Siedzę teraz i słucham ulubionego utworu – ulubionego z tego okresu i jednego z ważniejszych dla mnie; tak trudno stwierdzić, co jest najważniejsze…
Jeśli piszę, że z tego okresu, chodzi mi o okres liturgiczny (nie ma to jak wychowanie w katolickiej szkole. Ale… to czasem dobrze wiedzieć). Słucham więc „Stabat mater” Pergolesiego, które tak mnie zachwyciło dobrych kilka lat temu i muszę stwierdzić, że wciąż mnie zachwyca! I kojarzy się z tym czasem – z początkiem wiosny, z rezurekcją i tymi świętami, z koszyczkiem i bukszpanem. Czasem sentymentalna jestem.
Przyjechała Doro, więc nawet lekko stresować się nadchodzącą nocą nie muszę. Dlaczego miałabym się stresować? A, to napiszę w swoim czasie. Wprawdzie czasu już trochę minęło, ale uwiecznić ten fakt muszę!
W każdym razie śpię już tu lepiej, choć lekki niepokój czuję wieczorem. Zasypiam już jednak bez radia znów, co muszę uznać za sukces.
Jutro wyjeżdżamy na kilka dni. W ogóle to może i bym się cieszyła, ale dobrze mi tu. Mam jednak wrażenie, że mało kto to rozumie. „wyjeżdżaj, co będziesz tu siedziała!” A ja czuję, że to moje miejsce. Może nie jedyne, ale ważne i moje własne. Bardzo własne.
Dlatego właśnie piszę, żeby zapamiętać tych kilka minut, bo jutro już będę gdzieindziej. I może też czymś się zachwycę? Ale to już będzie coś innego, choć nie znaczy, że gorszego.
A teraz – ja tu i muzyka, na dole Doro przy kominku i pies. Jestem w domu i doceniam to. Doceniam mimo wszystko!
Będzie dobrze przecież no nie?
Co za muzyka!!!
Ja to mam szczęście!
Komentuj(1)
godz: 23:04 data: 2012.02.21 Nie żałuję!
Miniony właśnie weekend nie dawał mi przez dłuższy czas spokoju. Wahałam się, jechać czy odpuścić sobie. Taki zjazd, takie zaangażowanie, stare dobre wspomnienia chóru… W końcu zostałam, bo nic na siłę, bo chyba atmosfera nie ta, bo co bym zrobiła z psem na czas koncertu i chyba moje struny na tyle się zmieniły, że nie dałabym rady wydobyć z siebie niektórych wysokich dźwięków.
Zostałam i nie żałuję. Nie żałuję coraz bardziej, tym bardziej, że właśnie przeczytałam dwie, dość różne, relacje na ten temat. Jedna osoba raczej się zachwyca a druga… ma mnóstwo negatywnych wspomnień i skojarzeń.
A ja po prostu czuję, że nie żałuję i wracać do tego nie chcę i nie muszę. Niewszystko było traumą i wtedy śpiewanie w tak dużym chórze (jak na Laski dużym) wydawało mi się zaszczytem. Ale… z dzisiejszej perspektywy wiem, że dobrze zrobiłam. Jak będę chciała powspominać, to sama pojadę do Lasek, pochodzę po znanych mi drogach, może z kimś się spotkam…
Ale nie musiałam tego robić teraz, nie z tymi ludźmi (ci ważni i tak są ze mną w kontakcie), nie w tym hałasie i ciekawości zbędnej. Nie musiałam uśmiechać się na siłę i mówić, jak mi wspaniale w tym miejscu. Wpis jednej z absolwentek przypomniał mi o tych wszystkich dobrych zachowaniach niby nie na siłę. Dobrze, że w tym nie uczestniczyłam.
Nie żałuję! Nie żałuję! Tylko trochę mi smutno, że takie tam panowały i może panują zasady… Ale mnie już tam nie ma. Raczej…
Komentuj(1)
godz: 19:10 data: 2012.02.2 Wczoraj i dziś
Wczoraj:
Najpierw było prawie normalnie, tylko przeszkadzała świadomość, że czegoś nie załatwiłam jak trzeba i wprost, że nie powiedziałam od razu o moich planach i pewnie będę musiała jakoś inaczej to obejść (nie lubię okrężnych dróg).
Potem wszystko poszło jak sobie to wymyśliłam: Jazda na dworzec, kupno czegoś do jedzenia i można było wsiadać do autobusu. Właściwie przez całą drogę spałam, dopiero pod koniec rozbudził mnie jeden telefon. Dotyczył on pracy.
I byłoby dalej mniej więcej normalnie, gdybym nie przypomniała o jednej sprawie, która nade mną wisiała. I okazało się, że to był w pewnym sensie błąd, bo druga strona o tym zupełnie zapomniała, albo była przekonana, że jest inaczej niż w rzeczywistości. I… się zaczął stres. Jakoś w końcu starałam się wybrnąć z sytuacji, ale nie wiem, na ile mi się to udało. Po wszystkim wcale nie byłam spokojniejsza. Czytałam różne rzeczy, słuchałam radia i czułam się źle.
Późnym wieczorem dotarła do mnie ta zaskakująca wiadomość – Wisława Szymborska nie żyje. I znowu w głowie pytanie: Jak to możliwe? Przecież tacy ludzie wydają się wieczni.
To nie była dobra noc, choć bywały już gorsze. Spałam może ze 20 minut. Zadużo myśli i obaw. W tle tego wszystkiego co jakiś czas telewizja ze swoimi dziwnymi nocnymi programami jakieś wróżki, dziwne i zawikłane filmy itp.).
Dziś:
Gdy zaczęły się wczesnoporanne programy, postanowiłam wstać. Zjadłam śniadanie i wyszłam na ten szczypiący mróz z psem. Długo nie pochodziliśmy, bo i jemu było zimno. Zrobiłam jeszcze mini zakupy i wróciłam do domu.
W radiu mówili głównie o Szymborskiej. Tak jest z resztą nadal. Zastanawiam się, czy to dobrze? Z jednej strony tak, bo niezwykła poetka, bo wiersze dające do myślenia a więc warto się nad osobą je piszącą pochylić. A z drugiej strony, czy Szymborska by chciała, żeby jej poświęcać tyle uwagi? Może by jej to nie przeszkadzało, byle nie stała się kolejnym pomnikiem?...
Potem znów czytałam a w głowie wciąż ciężkie myśli: „A jeśli to koniec i będę musiała szukać innego zajęcia? Jak to się mogło stać? Co powiedzą? Co ja mam powiedzieć?”
Człowiek po nieprzespanej nocy staje się jakiś przewrażliwiony i marudny. Wszystko wydaje się trudniejsze i nie do pokonania. Samoocena spada (może jest powód?)
W końcu trzeba było zadzwonić, żeby choć jedna rzecz była za mną. Średnio się wyjaśniła a ja poczułam się jeszcze gorzej, bo jestem sama, bo co będzie dalej… Porozmawiałam z ważną dla mnie osobą na ten temat, aby trochę się oczyścić. Może pomogło, ale i tak nie wiem, co się stanie przy kolejnej rozmowie.
Teraz chce mi się w końcu spać. Może się położę na jakąś godzinę? Ale potem będę rozbita jeszcze bardziej i w ogóle do niczego. A może nie?
Podsumowując, co się nas tresowałam to moje. Może czasem warto o pewnych rzeczach nie mówić (a może jednak wyjdzie mi to na dobre), człowiek po nieprzespanej nocy popada w dziwne stany (przynajmniej ja). No i nie ma z nami Szymborskiej a cytowane wiersze dają do myślenia. Może by tak sięgnąć po więcej?
Eh, dziwny dzień, niech już się skończy! I niech nie będzie tak strasznie jak moja głowa myśli.
Komentuj(0)
godz: 10:33 data: 2012.01.29 To przecież nie moje, ale...
Obudziłam się dość wcześnie jak na niedzielę. Posłuchałam głupot w radiu i poszłam na dwór z psem.
Po powrocie usiadłam w kuchni, nalałam sobie soku pomarańczowego do szklanki i włączyłam radio. W końcu minęła już 9 i w trójce miał się rozpocząć kolejny odcinek „Historii pewnej płyty”. Byłam ciekawa, o kim tym razem usłyszę.
I usłyszałam audycję o Irenie Jarockiej, która była taka a taka (uśmiechnięta, czasem płacząca, dbająca o zdrowe odżywianie się, nie mówiła o nikim źle, spokojna) a w dodatku miała urodę niezwykłą – duże oczy, ale małą twarz itp.
Tak się składa, że kilka dni temu słyszałam wywiad z panią Jarocką w innym radiu, ale wtedy nic mnie w nim nie zastanowiło. A dziś… ciągle tylko: Była taka, wyglądała tak, pochodziła z takiej rodziny, wychowała się tak, lubiła… Wszystko w czasie przeszłym.
Jak to… w czasie przeszłym? Umarła? To niemożliwe, nic o tym nie słyszałam…
W końcu włączyłam komputer i w tle piosenek Ireny Jarockiej przeplatanych wspomnieniami o niej, znalazłam odpowiedź na moje pytanie.
Irena Jarocka zmarła 21 stycznia 2012 r.
No i co z tego, przecież jej piosenek nie słuchałam i w ogóle nie interesowałam się jej dokonaniami.
Niby tak a jednak poczułam pustkę i smutek…
Znowu ktoś odszedł tak na dobre, ktoś znany ogólnie.
Znowu zostały tylko (a może aż) piosenki i wspomnienia.
A tak zupełnie osobiście dla mnie, ta śmierć nie jest też bez znaczenia, choć to pewnie dziwne. Jest pewna analogia.
Ale najpierw, jeszcze gdy pewności całkowitej o śmierci nie miałam, słuchałam tych piosenek i myślałam sobie, że ja w nich widzę mamę. I nawet jeśli ich nie lubiła, to jest w nich dużo czegoś takiego, co rozumiała i z czym się jakoś identyfikowała. Pewien klimat.
Tak, te nagrania sprzed 30, 40 i trochę więcej lat, kojarzą mi się z moją mamą. W nich ją słyszę i odnajduję.
Tak siedziałam sobie i wspominałam, łezka się w oku jakaś zakręciła, ale było wszystko w porządku.
A nagle ta wiadomość o śmierci: Po ciężkiej chorobie (nowotwór mózgu) zmarła w szpitalu…
Te piosenki pełne dla mnie osobistych skojarzeń a w dodatku jeszcze ta choroba i śmierć… To mnie na chwilę przerosło.
To niesprawiedliwe! A ja od razu wszystko kojarzę i znajduję jakieś analogie.
Przewrażliwiona jestem może
Komentuj(0)
godz: 10:40 data: 2012.01.15 Prawdziwy patriota
Miesiąc od tego zdarzenia minął niedawno a ja wciąż nic nie napisałam. Czas gna jak szalony, sesja się zbliża (na szczęście w tym semestrze nic nie mam). W ostatni piątek, jak przyjechałam do domu, zaczął padać śnieg i napadało go dużo! Pierwszy śnieg mamy, proszę państwa.
Ale nie o tym chciałam. Już ponad miesiąc temu dowiedziałam się czegoś ważnego o moim psie. Wszystko miało miejsce w dość… niezwykłym otoczeniu.
A było to tak: Jak wiadomo, 13 grudnia obchodzimy ważną dla naszego kraju rocznicę. Ludzie wtedy dyskutują zawzięcie o tym kto i dlaczego, odżywają wspomnienia itp. Niektórzy też organizują marsze, aby podkreślić powagę sytuacji. Taki marsz właśnie odbył się w tym roku. Pomyślałam sobie jakoś przed południem, że „ale by było, gdyby tak znaleźć się w tym rozentuzjazmowanym tłumie.”
Doro, gdy tylko weszła do mieszkania po powrocie z pracy, od razu powiedziała, że ona to by poszła na marsz. Trochę się przestraszyłam, bo wiadomo, jak czasem kończą się takie demonstracje. Doro jednak była nie ugięta, bo to w końcu z powodów służbowych, bo zobaczy wszystko z bliska itp. Poszłyśmy.
Szłyśmy tak dość pustymi ulicami, na horyzoncie zaczęli się pojawiać ludzie z flagami a nad nami latał helikopter. Po jakimś czasie do naszych uszu doszło głośne skandowanie różnych ciekawych haseł. I tak coraz głośniej. W końcu zrównałyśmy się z tłumem.
Wrażenie było dość niezwykłe, czułam się, jakbym była z innej planety, bo te hasła i jakaś taka atmosfera… W końcu usłyszeliśmy… przemówienie. Mów z resztą było kilka, ale myślę, że ta pierwsza wywołała największy entuzjazm. Pierwszy raz słyszałam Prezesa na żywo, pierwszy raz byłam taaaak blisko niego…
Tak sobie staliśmy wszyscy i słuchaliśmy w skupieniu ważnych słów. Zapomniałam napisać, że Rusty był ze mną i z Doro i również słuchał i pewnie był pod wrażeniem.
Wiadomo, jak to pies, czasem zrobił kilka kroków w jedną albo w drugą stronę. W pewnym momencie odwróciła się do nas jedna starsza pani i z zachwytem w głosie powiedziała:
„Ale śliczny piesek! Grzeczny jesteś! Prawdziwy patriota!”
No tak, jakże ja mogłam o tym nie pomyśleć? Powinnam być wdzięczna, że moim przewodnikiem jest tak patriotycznie nastawiony pies! Dobrze, że jednak słucha komend i nie protestuje, gdy mówię mu np. „w lewo”
Miło, że ten jego patriotyzm odczuć można w tak ważny dzień. Ale… gdyby ta miła pani wiedziała, kto go karmi i wyprowadza na spacer, nie wiem, czy byłaby tak życzliwa… Ale pewnie tak, w końcu jest raczej tolerancyjna i nie uprzedza się do innych.
Na koniec, jako że tę notkę poświęcam mojemu Prawdziwemu Patriocie, chciałabym wkleić coś na jego temat – taka mini laurka napisana na potrzeby fundacji, z której go dostałam. Nie jest to długie, ale prawdziwe i szczere. Aha, pisownia imienia jest inna, bo tak jest wpisane oficjalnie. Brzmi to następująco:
Tak na dobre Rasti zamieszkał u mnie na początku lipca i od tej pory rozpoczęło się nasze wspólne przemierzanie znanych i mniej znanych dróg a także podróżowanie w różne miejsca, również te zagranicą.
Dość szybko zrozumiałam, że chodzenie z psem przewodnikiem zabiera mi mniej czasu i energii niż chodzenie z laską. Właściwie nie miałam problemu z przestawieniem się z laski na psa.
Co mogę powiedzieć o Rastim po tych kilku miesiącach? Wiadomo, że nie ma psa idealnego, ale ja z mojego jestem naprawdę zadowolona. Chodzimy razem w różne miejsca, pies szybko zapamiętuje drogi i zdarzyło się kilka razy, że to on lepiej znał jakąś trasę, którą dopiero co poznaliśmy, niż ja. Zdawałam się na niego w takich sytuacjach a on doprowadzał mnie bez problemu do wybranego celu.
Poza dobrą pamięcią, Rastim zachwycają się właściwie wszyscy; czy to jacyś nieznani mi ludzie na ulicy, czy osoby na uczelni.
Myślę, że dużą jego zasługą jest to, że gdy teraz chodzę na zajęcia, jest mi o wiele łatwiej nawiązywać znajomości i są one chyba trwalsze. Wszystko zaczyna się często od tego, że ktoś podchodzi, żeby powiedzieć jaki ten piesek śliczny i mądry. Potem często padają pytania w stylu: A jaka to rasa? Ile ma lat? Jak się wabi? Długo go masz?
A potem rozmowa toczy się dalej i wcale nie zawsze dotyczy wyłącznie psa. W ten sposób poznajemy się nawzajem i dzieje się to zupełnie naturalnie i bez niepotrzebnego stresu.
Mogłabym jeszcze dużo pisać, bo przez te kilka miesięcy spotkało mnie trochę śmiesznych i zaskakujących sytuacji. Wszystko to oczywiście nie zdarzyłoby się, gdyby nie Rasti, do którego zdążyłam się przywiązać, bo poza swoją mądrością i dobrą pamięcią, którą bardzo doceniam, jest to sympatyczny i ciekawy świata pies. Chyba nie da się go nie lubić a jego pomoc jest dla mnie niezwykle ważna.
Komentuj(0)
godz: 18:13 data: 2012.01.11 Jestem trans
Szłam sobie dziś przed południem na umówione spotkanie z przyjacielem. Wszystko było jak zwykle – mnóstwo samochodów, trochę ludzi i pogoda mniej zimowa niż by być mogła o tej porze roku.
Właśnie zeszłam do przejścia podziemnego, gdy nagle usłyszałam jakiś kobiecy głos z lewej strony:
- Ten pies pana prowadzi?
Najpierw, mój mózg nie skojarzył o co chodzi, choć dość szybko dotarło do mnie, że Głos kieruje pytanie do mnie. Powtórzyło się ono więc po krótkiej chwili:
- Ten pies pana prowadzi?
Odwróciłam się spokojnie i zbierając myśli do kupy, powiedziałam:
- Słucham? Jak to pana? Jakiego pana? Tak, prowadzi mnie.
Na taką moją reakcję miła pani odrzekła z pewnym zdziwieniem i spokojem:
- Aha. No tak, bo z tyłu to inaczej wygląda a z przodu… A jak się pies nazywa?
Chyba odpowiedziałam szybko i poszłam w swoją stronę. Tak sobie szłam i próbowałam na spokojnie zrozumieć sytuację: No tak, może ta moja zimowa kurtka jest raczej sportowa niż jakaś typowo kobieca, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Chyba innego powodu nie ma, że z tyłu można mnie z panem pomylić a z przodu nie… Ale to taki niski i drobny pan by musiał być, może chłopak ewentualnie. Hm, jak to możliwe? Zwykła kurtka i czapka na głowie, aż chyba w końcu poproszę kogoś o sfotografowanie mnie w tym zimowym ubraniu i wkleję tu.
Nie dawało mi to spokoju przez chwilę, bo ja proszę pani to żaden pan! Naprawdę, zupełnie nie czuję potrzeby tak rewolucyjnej zmiany, dobrze mi tak, jak jest. Noszę po prostu taką kurtkę i tyle, to nic znaczyć nie musi. No ewentualnie mogłaby być to dla kogoś wskazówka, że jestem męską, okropną, lesbą, ale pokazanie tego, zaakcentowanie, proszę pani nie było moim zamiarem. Po prostu wygodna kurtka i tyle. A następnym razem, jak będzie pani patrzeć na kogoś z tyłu, proszę nie kierować się stylem ubrania, bo różni ludzie różne rzeczy noszą i to o niczym nie świadczy.
No bo żeby tak od razu „proszę pana?” A może ja o czymś nie wiem?
Komentuj(0)
godz: 22:06 data: 2012.01.7 Jeszcze trochę wspomnień około świątecznych
Teraz jestem w takim nastroju, że mogłabym napisać o czymś zupełnie innym, niż zamierzam, ale to nie tym razem.
Chciałabym napisać tu o tych kilku poświątecznych dniach, bo działo się wtedy trochę a szkoda byłoby tego czasu zapomnieć.
W środę po świętach pojechałyśmy do Hamburga, gdzie Doro ma kilku znajomych i gdzie ja jeszcze nigdy nie byłam.
Aha, dzień wcześniej pierwszy raz w życiu jadłam serowe fondue. Było dobre i z dodatkami jakimi! To była kolacja! Trochę trudno coś takiego jeść osobie niewidomej (no, może z jedzeniem problemu nie ma, ale z sięganiem po to i z trafieniem we właściwe naczynie już tak prosto nie jest), ale do jakiejś tam wprawy doszłam.
Do Hamburga dojechałyśmy bez żadnego problemu, bo dzięki autostradom jedzie się szybciej i nie ma takich korków. W każdym razie ja na nie nie trafiłam.
Najpierw było po południe z rodziną znajomej Doro: Ninia, jej mąż i dwie małe córeczki. Starsza, Emilia, bała się na początku psa, ale potem się z nim oswoiła i już tak straszny się nie wydawał na szczęście.
Tego dnia pomyślałam sobie, że życie z takimi dwoma małymi dziećmi to jest prawdziwe wyzwanie i nie wiem, czy byłabym w stanie się go podjąć. Wszystko trzeba dobrze rozplanować a i tak ciągle dzieje się coś nieprzewidzianego.
Mieliśmy z nimi miły spacer wzdłuż rzeki, do której Rusty bardzo chciał wejść. W końcu Doro zgodziła się na łapy w wodzie, ale to też wymagało niezłej siły, bo pies ten, gdy widzi wodę, staje się niezwykle energiczny i bardzo szalony. Szczekał, że chcę popłynąć dalej. Był wtedy naprawdę śmieszny.
Potem była miła kolacja przygotowana przez męża Ninii. Podczas gotowania włączył głośno muzykę („Queen”) i okazało się, że ma on w swoich zbiorach muzycznych piosenkę, której dawno już szukałam i znaleźć nie mogłam.
Wieczorem, jak to wieczorem, usypianie dzieci, które wcale nie miały ochoty iść spać – trwało to dobrą godzinę.
Następnego dnia spotkałyśmy się z Christiane i jej Anne, o której słyszałyśmy już od chyba ponad roku, ale dopiero teraz miałyśmy możliwość poznać ją osobiście. Dobre wrażenie zrobiła na nas. Widać było, że bardzo lubi psy, no i jest sympatyczna.
Po śniadaniu poszłyśmy wszystkie na dość długi spacer i do sklepu z różnościami dla zwierząt. Pogoda niestety nie była już tak ładna jak dnia poprzedniego a sklepu, we wskazanym przez książkę telefoniczną miejscu, nie było. Poszłyśmy do parku, gdzie było trochę wody – szaleństwo psa objawiło się ponownie. Stwierdziłyśmy, że można mu pozwolić na zabawę w strumieniu. I się zaczęło: Pies galopował po nim jak szalony! Tak, właśnie galopował, bo wody było tam na tyle, że bawić się w niej już mógł, ale pływać niekoniecznie. Brzmiało to śmiesznie naprawdę. Ludzie będący w tym czasie w pobliżu strumienia, byli pod wrażeniem wyczynów naszego pieska, który w wodzie zmienia się w niezwykle energiczne zwierzątko. Oczywiście na wołanie kogokolwiek w ogóle nie reagował i bawił się beztrosko dalej. W końcu wyszedł i mogłyśmy iść jeszcze kawałek.
Po spacerze pożegnałyśmy się z Anne i Christiane i pojechałyśmy w kierunku Bałtyku. Po drodze Doro udało się kupić niezwykle ważną rzecz, jaką jest ośmiometrowa smycz. Była tak potrzebna do puszczania psa do wody, ale dzięki niej wciąż mogłyśmy mieć nad nim kontrolę w tych tak ekstremalnych sytuacjach. Przydała się rzeczywiście, z resztą nie tylko w wodzie.
W drodze na Rugię zatrzymałyśmy się w Stralsundzie, gdzie poraz pierwszy piłam ciepły sok zrobiony z takiego kwaśnego owocu rosnącego często nad morzem (nie pamiętam nazwy). To ostatnie miasto na lądzie przed wyspą. Długo go nie zwiedzałyśmy, ponieważ pogoda zbyt do tego nie zachęcała a poza tym, było już ciemno.
Tego wieczoru, gdy już rozgościłyśmy się w naszym miłym pokoiku, Doro czytała o Rugii.
Miejsce, w którym mieszkałyśmy to pensjonat prowadzone przez dwie panie (tak tak, to jest możliwe) będące razem chyba ponad 20 lat. Dla mnie to była miła odmiana dowiedzieć się, że można żyć razem w związku nieheteroseksualnym, prowadzić pensjonat i zachowywać się po prostu naturalnie. Jedna z pań ma 75 lat i czasem, gdy opowiadała o swojej partnerce, używała dość śmiesznych sformuowań, ale zdaję sobie sprawę, że w jej młodości takie związki nie były czymś tak oczywistym jak teraz. Nie kryje się jednak i gdy już przyjdzie jej rozmawiać na swój temat, mówi o swoim związku całkiem spokojnie.
Niby tak oczywista sprawa a zrobiła na mnie wrażenie… No bo gdzie można znaleźć w Polsce taki choćby pensjonat prowadzony przez nieukrywających się gejów czy lesbijki? Ja o takim nie słyszałam.
Różnica jest też taka, że panie 7 lat temu zawarły związek partnerski. My możemy im tego tylko pozazdrościć jak na razie.
O tej porze nad morzem tłumów być nie powinno, bo zimno i kto by chciał wylegiwać się na plaży i kąpać się w zimnym Bałtyku. Kąpielą był żywo zainteresowany wyłącznie Rusty, który znowu pokazał, ile ma siły, gdy widzi wodę. Oczywiście kąpał się kilka razy w morzu a wszystko dzięki długiej smyczy. Poza tym, raz wlazł do jakiegoś bajorka, z którego ani myślał wychodzić. Gdy już wyszedł, wyglądał podobno jak świnia; ktoś przechodząc obok nas stwierdził: „Zobaczcie, to dzika świnia na smyczy.”
Trzeba go było jeszcze raz wpuścić do morza, żeby się trochę opłukał z błota i żeby znowu był rudy a nie czarny.
A ludzi tak znowu mało nie było, wręcz przeciwnie, w turystycznych miejscowościach istne tłumy. Wszystko dlatego, że spędzenie sylwestra na Rugii to podobno niesamowite przeżycie i modne w Niemczech w dodatku się robi.
Poza tymi wodnymi atrakcjami, dość dużo chodziłyśmy po różnych lasach, polach i wsiach. Zwiedzałyśmy też jeden zamek i wieżę. Śniadania mijały na miłych pogawędkach z panią Hanne (to ta, która ma 75 lat).
Wieczór sylwestrowy upłynął miło i dość spokojnie. Najpierw kolacja w pobliskim miasteczku, gdzie dzień wcześniej zarezerwowałyśmy stolik. Bez rezerwacji chyba nie dałoby rady znaleźć miejsca, takie tłumy były. Jedzenie było… pół na pół – zupa i drugie danie dobre a przystawka i deser niekoniecznie.
Po kolacji wróciłyśmy do naszej cichej wsi z 57 domami (jeśli założyć, że każde mieszkanie liczy się jako dom). Petard tam słychać nie było i pies mógł odetchnąć.
A no właśnie, bo gdy byłyśmy w miasteczku, strzelało dość dużo ludzi i nasz piesek, choć był dzielny i szedł z nami, trochę się jednak bał. W końcu zaczął wpychać się między nas a na molo, zamiast patrzeć na zawsze fascynującą wodę, on trząsł się i kulił. Nie piszczał jednak i nie panikował, nie musiałam mu dawać żadnej tabletki na uspokojenie.
W pensjonacie było cicho i spokojnie. My siedziałyśmy sobie i piłyśmy wino przy muzyce z moich nowych płyt. A potem poszłyśmy na spacer i gdy już wracałyśmy, wybiła północ. W pewnym momencie usłyszałam muzykę – walc Straussa. Okazało się, że to Ruth i Hanne świętują nadejście nowego roku. One a także bratanek Hanne z partnerem, wyszli przed dom z petardami i szampanem. Jak do nich doszłyśmy, zaprosili nas do siebie. Myślę, że to bardzo miło z ich strony.
Słuchałam walca, piłam szampana i zrobiło się jak zwykle o tej porze roku i tego dnia. Nie wiem skąd te łzy, zawsze wtedy napływają, nawet gdy wcześniej nie byłam w gorszym nastroju, ani nie myślałam o rodzicach. Myślę wtedy zawsze, że to niesprawiedliwe i jeśli gdzieś są, to chciałabym, żeby byli szczęśliwi. A mama lubiłaby taką muzykę.
Posiedzieliśmy z nimi do pierwszej a potem poszłyśmy do siebie.
Pogoda w Nowy Rok nie była zachęcająca do zwiedzania czegokolwiek, więc stwierdziłyśmy, że po prostu po spakowaniu wszystkiego, ruszymy w drogę i zobaczymy, gdzie uda nam się dojechać. Udało się do Warszawy, ale zajęło nam to jakieś 11 godzin. Droga od Szczecina wydawała się dłuższa, niż w rzeczywistości jest. A potem nie mogłam zasnąć i myślałam o miejscach, w których przez ten ponad tydzień byłam. I żałowałam, że wszystko trwało tak krótko. Skończyły się wolne dni i trzeba było się znowu przestawić na zwykły, codzienny tryb życia.
W trakcie pisania tej notki mój nastrój uległ przeobrażeniu kilka razy, kończę ją więc z nieco lepszym nastawieniem i z nadzieją, że niewszystko musi być tak trudne i przerażające, jak się to czasem wydaje. Rozwijać tego tematu jednak nie będę, w końcu muszę mieć inspiracje do kolejnych notek.
Komentuj(0)
godz: 12:55 data: 2011.12.27 Święta u teściów
To już drugie święta tutaj – poza rodzinnym domem, poza Polską… Nie powiem, żeby tęsknota rozrywała mi serce na strzępy.
Jest inaczej, to fakt. Nie ma tych wszystkich zup grzybowych, pierogów z kapustą, mnóstwa ciast a w czasie kolacji wigilijnej nie było życzeń i dzielenia się opłatkiem.
Czy mi tego brak? Teraz akurat nie, choć w ogóle uważam, że rzeczywiście ta nasza polska Wigilia i całe święta to czas chyba bardziej uroczysty i specyficzny niż gdziekolwiek indziej. To ma swój urok. Myślę jednak, że niewarto się obrażać na inne tradycje, bo też mogą być ciekawe i warte poznania. Z takim nastawieniem przyjechałam do rodziców Doro.
Jak byłam tu pierwszy raz (też w Boże Narodzenie 2 lata temu), czułam się trochę dziwnie; była zwykła kolacja – kanapki, a potem prezenty. Chyba tylko dzięki tym prezentom poczułam w końcu, że mamy Wigilię. Wtedy z resztą wzięłam nawet opłatek, żeby pokazać jak to dzielenie się nim wygląda w Polsce, ale zrozumienia wielkiego ta tradycja nie zyskała. Nie było też polskich kolęd. Za to mogłam zadzwonić do mamy, która jak ja, święta spędzała w Niemczech, tylko w nieco innej części.
Tym razem jechałyśmy samochodem, co zajęło nam jakieś 10 godzin z przerwami. W pewnym momencie zaczęłam porównywać tamten i ten przyjazd, tamtą i obecną sytuację. Przypomniało mi się, jak po przylocie pisałam do mamy, że doleciałam. Pamiętam, jak z nią potem rozmawiałam przez telefon. To wszystko było podobne i tak inne. Uświadomiłam sobie, że teraz nigdzie zadzwonić nie mogę. Przez jakiś czas znowu poczułam, jak bardzo mi mamy brakuję i jak to trudno znieść.
Potem było już lepiej, bo to kwestia wyrzucenia z siebie nadmiaru emocji. Przecież musi być dobrze, trzeba iść dalej.
I tak mijają dni: Jest spokojnie, na brak jedzenia narzekać nie możemy, choć nie są to grzybki ani pierogi – pod tym względem jednak i tak wyraźnie czuję święta.
Chodzimy często na spacery, jest mokro (w ogóle dużo wody, więcej niż przypuszczałam). Pogoda raczej listopadowa, trochę cieplej niż w Polsce, ani centymetra śniegu. Rusty już raz wykąpał się w niedużym i dość błotnistym stawie, ale można mu to wybaczyć, bo było to w Wigilię, więc niech i on poczuje święta. Potem go trzeba było obmyć wodą z węża w ogrodzie a i tak czuć było błotnisty zapach. Ale jaką miał miękką i delikatną sierść! Zawsze taka mu się robi po wodzie.
Dwa lata temu też chodziłyśmy na spacery, ale jakoś nie pamiętam tych wszystkich stawów i rzeczek. Zupełnie nie kojarzyłam tego miasteczka z taką ilością wody, już bardziej z ciszą, bo ludzi na ulicach wcale tak często spotkać tu nie można.
Poza różnymi spacerami, siedzimy w dużym pokoju, w którym pachnie choinką a wieczorem słychać trzaskanie drewna w kominku. Czasem jemy coś dobrego, ja nie zdążam zgłodnieć a tu znowu coś do jedzenia: A to obiad, a to ciasto i herbata, później kolacja… Może to taka specyfika świąt, że choćby to było zwykłe jedzenie, to w tym okresie zabiera więcej miejsca w żołądku? No bo to święta w końcu!
Były i prezenty w tym roku, chyba udane. Ja dostałam kolejne płyty, nowe słuchawki, czapkę i słodycze, więc czego chcieć więcej?
Wczoraj pochodziłyśmy trochę po pobliskim Bielefeld, gdzie już czuć wyraźnie, że to miasto. Posiedziałyśmy jakiś czas w jednej tradycyjnej knajpie, gdzie pomyślałam sobie, że tu też mogę się czuć dobrze. Tak, to możliwe.
Nie żałuję, że zdecydowałam się tu przyjechać z Doro. Nie jestem sama i wcale obco się tu nie czuję. Polskich kolęd też nawet słuchaliśmy, więc tradycji stało się zadość.
To były spokojne święta, w miejscu, gdzie latem pewnie śpiewa dużo ptaków i pachną różne kwiaty. Wcale nie czuję, że jestem w mieście, nawet w takim małym. Pies też raczej jest zadowolony, bo może się wybiegać, no i gdy mama Doro robi coś w kuchni, on tam biegnie, bo może coś spadnie przypadkiem?
Jesteśmy razem, pachnie choinką – czego chcieć więcej?
Komentuj(0)
Strona Główna |
Księga Gości |
O mnie |
Archiwum |
Linki |
|